Grupa NRG


Grupa NRG Robotics została formalnie założona 30 listopada 2004 roku, kiedy to na stronach Gildii Nauki Popularnej ukazało się pierwsze ogłoszenie zachęcające do wzięcia w nim udziału. Trzy osoby tj. Grzegorz Musiał, Maciej Kubica i Bogdan Misiewicz postanowiły w ramach swojej pracy naukowej i ciekawego spędzania wolnego czasu stworzyć własnego robota. Maszynę, która będzie potrafiła się poruszać o własnych siłach. Postanowiono zainteresować przedsięwzięciem osoby spoza Akademii Górniczo-Hutniczej, a nawet szeroko rozumianego kręgu naukowego.
Z pomocą przyszedł Jacek "CD Jack" Gdaniec, redaktor naczelny portalu kulturalnego gildia.pl. Umożliwił on stworzenie forum poświęconego temu pomysłowi, a także zatwierdził umieszczanie newsów na podstronach Gildii Nauki Popularnej. W ten sposób w bardzo krótkim czasie zgłosiło się ok. 40 osób chętnych do współpracy. Starszych i młodszych, doświadczonych inżynierów i uczniów liceum, informatyków, elektroników, a także zwykłych podpatrywaczy, którzy zobaczyli w tym coś ciekawego, innego. Projekt zbudowania tak skomplikowanego w gruncie rzeczy mechanizmu przez internet jest pierwszym tego typu w Polsce, a kto wie czy nie na świecie.
Zgłoszeni mieli możliwość określenia swoich umiejętności i chęci współpracy, dokonano podziału na trzy grupy: elektroników, informatyków, mechaników. Wynika on stąd, iż robotyka jest jedną z nauk wykorzystujących większość najnowszych zdobyczy techniki i fizyki i wymaga porozumienia między specjalistami z różnych dziedzin. To też czyni ją niezwykle interesującą i dającą wiele satysfakcji.
Jedynym założeniem, które przyjęto na samym początku było to, że tworzyć będziemy robota mobilnego. Może kłóci się to z typową metodologią naukową, ale by można było wciągnąć sporą grupę ludzi nieobeznanych w temacie, zapewnić im możliwość rozrywki i samodzielnego myślenia, należało zacząć od podstaw. Cel, zastosowanie i sam wygląd powinien wynikać z dyskusji, a osoby zorientowane mają ostateczne prawo głosu – tak pracujemy na forum NRG.
Przyszło więc wybrać obiekt zainteresowań. Resoraki i sterowane konstrukcje z LEGO Mindstorms wydały się grupie mało ambitnymi. Z kolei zasymulowanie ruchu jednej z kończyn człowieka odpadł ze względu na koszt realizacji takiego pomysłu. Zostaliśmy zmuszeni przez nasze własne ograniczenia do wybrania wariantu jeżdżącego/kroczącego lub manipulatora złożonego z 2,3 ramion.
Realne możliwości, które można było wziąć pod uwagę:
– symulujemy ruch zwierzęcia,
– kołowy (2 lub 3 koła napędzane),
– kołowy deluxe (jakiś sześciokołowy łazik z regulowaną geometrią podwozia),
– napęd gąsienicowy,
– nietypowy sposób poruszania się, np. woda, pełzanie itp..
W trakcie rozmów padło wiele interesujących propozycji. Nie ograniczano się w sugestiach. I dobrze, świadczy to o niemałej wyobraźni uczestników. Niektórzy chcieli stworzyć coś na kształt prymitywnie aportującego psa. Odrzuciliśmy, ale tylko ze względu na brak fachowców, pomysł latającego autonomicznego wehikułu. Dalej można wspomnieć o robocie-kuli poruszającego dzięki zmianie położenia środka masy, a także grupie robotów współpracujących ze sobą. Wąż, konik polny, żaba? W końcu uznano, że najambitniejsze, przy uwzględnieniu możliwości ekonomicznych i doświadczenia, będzie zasymulowanie ruchu kraba, pająka albo skorpiona.
Finalnym efektem burzy mózgów stała się następująca koncepcja: stworzenie platformy z sześcioma nogami, dwóch prostopadłych do siebie obrotów na nogę. Na niej dowolny układ działający na otoczenie, nieprzekraczający 40 kilogramów minus masa robota. W wersji pierwszej, tworzonej przez nasz zespół, cały osprzęt to oświetlenie (podczerwień lub halogen) współgrające z kamerą. Cel: patrolowanie i obróbka obrazu. Kiedyś: zadania specjalne.
Ewolucja projektu
Projekt robota NRG-001 "Eihei" zaskakuje nas od samego początku. Clue maszyny -założona na wstępie całkowita masa (40kg) – przysparza kłopotów na każdym etapie prac. Uwidacznia się tu stara inżynierska zasada, mówiąca o tym, że wszystko może pójść źle, a nawet najprostsze kwestie mogą stać się bardzo trudnymi do rozwiązania. Jeżeli projektowanie czegoś miało trwać dwa dni, na pewno potrwa przynajmniej tydzień.
Reguła sprawdziła się już przy wstępnych obliczeniach, kiedy to przy obliczaniu mocy silników obracających nogę w kolanie otrzymaliśmy zawrotne wartości momentu sił utrzymującego mechanizm w zadanym położeniu. Okazało się, że robot musiałby się składać jedynie z napędów. Na nic innego po prostu nie starczyłoby już miejsca. Poza tym umieszczenie takich kolosów w stawie kolanowym oczywiście mijałoby się z celem i z nauką niewiele miałoby wspólnego. Należało diametralnie zmienić podejście do sprawy i szukać rozwiązania-sztuczki.
Po godzinach myślenia przyszedł w końcu dobry pomysł. Postanowiliśmy zmienić rodzaj obciążenia z momentu na siłę. W miejsce zwykłego silnika obracającego nogę wstawiliśmy aktuator liniowy, który to ze względu na specyficzną konstrukcję może wytwarzać znaczny ciąg. Napęd jest przy tym kompaktowy, pobiera niewiele prądu, a jego waga nieznaczna. Same plusy? O nie, teraz kilka słów przestrogi.
Pierwszy raz z pojęciem Polska Rzeczywistość Techniczna spotkaliśmy się właśnie podczas realizacji tego projektu. Niestety, bardzo często jest tak, że sprzedażą urządzeń technicznych zajmują się osoby wywodzące się z kierunków nie mających nic wspólnego z mechaniką, elektroniką, elektrotechniką itp. W związku z tym w kartach katalogowych nie sposób znaleźć najbardziej potrzebnych w konstruowaniu informacji. Nad mocą silnika góruje w nich klasa izolacji przewodów czy opis słowny: silny, niewielki, tani. Rysunki techniczne są często niezgodne z normami, a dane techniczno-geometryczne nieaktualne. Jeśli nie kupi się egzemplarza próbnego, szansa na prawidłowe podłączenie np. silnika do naszego układu są praktycznie zerowe. Sprawdziliśmy na własnej skórze.
Po otworzeniu paczki z aktuatorem wyszło na jaw, że wał z niego wychodzący ma możliwość kątowego odchylania się od osi, wymiary są niezgodne z wcześniej podanymi, a faktycznie rozwijanej siły nie da się określić (tylko doświadczalnie, co może spowodować awarię napędu). Trzeba więc było zastanowić się nad przeprojektowaniem układu. Z niejasnej karty katalogowej wyniknęła potrzeba konstrukcji stabilizatora wału, a także prowadnicy blokującej ruch obrotowy wału. Odnieśliśmy również niejasne wrażenie, że gdy zamówimy pozostałe silniki, każdy z nich będzie wymiarowo podobny, aczkolwiek trochę inny. I to trochę może wystarczyć, by słono dopłacić za przeróbki już wykonanych części, które mają za zadanie współgrać z napędem. Dość powiedzieć, że widzieliśmy też "rysunki techniczne", w których mamy do czynienia z dwoma rzutami niezgadzającymi się ze sobą.
Dlaczego o tym piszę? Chcę przestrzec osoby zaczynające swoją karierę w projektowaniu, głównie studentów i amatorów. Weźcie pod uwagę to, co napisałem wcześniej. Osoby tworzące strony internetowe z danymi i dokumentację niekoniecznie muszą się na tym znać. Do wszystkiego trzeba podchodzić z wyczuciem i dystansem. Najlepiej w ogóle nie wierzyć w pisemne zapewnienia i sprawdzić na własną rękę. Ale czy to jest wyjście? Raczej tylko dla bogatych. Skądinąd wiem, że nasze perypetie z firmami nie są wyjątkiem, a raczej regułą.
Dość jednak narzekań i dociekań. Nie o to w inżynierii chodzi, trzeba efektywnie rozwiązywać problemy.
Samochód zaczyna się projektować od opon. W naszym przypadku należało stworzyć nogę, czyli moduł do podnoszenia i opuszczania robota. Stabilizator, prowadnica, końcówka obrotowa z wyłącznikiem krańcowym. Następnie przyszła kolej na kolej na moduł obracający kończynę. I tu po raz kolejny dał o sobie znać ciężar maszyny. Nie można było pozwolić na jakiekolwiek obciążenie silnika odchylającego. Z warunków równowagi wynikało, że jego wał musiałby przenieść ogromny moment zginający (30Nm) oraz siłę osiową równą 200N. Taka sytuacja nie była oczywiście dopuszczalna. Problem okazał się naprawdę skomplikowany, bardzo ograniczały nas wymiary, masa zespołu, a także specyfika konstrukcji i brak dobrego rozwiązania. Narady z fachowcami i kadrą uczącą nas konstruowania maszyn trwały dobry miesiąc. Rozwiązanie, jak to zwykle bywa w takich przypadkach przyszło znikąd i nagle. Specjalne sprzęgło, trochę mocnego kleju, platformowa konstrukcja, kilka modułów odchylających. Pomysł okazał się na tyle dobry, że osiągnęliśmy stosunek masy robota do całości mniejszy niż 1/2!
Na końcu zajęliśmy się odpowiednim zamontowaniu modułów obracających na jednej płycie korpusu (dawniej planowaliśmy dwie) oraz skonstruowaniu odpowiednio mocnego łącznika noga-korpus. Tu poszło już stosunkowo łatwo. Efekty udało nam się zwizualizować w programie inżynierskim 3D, a są one moim zdaniem piorunujące. Zwłaszcza dla nas, którzy w maszynie znają każdą śrubkę i znaczenie wszystkich części, wymiarów i tolerancji.
Słowem zakończenia, kiedyś na pokazie robotów, który organizowałem razem z moim przyjacielem pisarzem, będącym częścią promocji jego najnowszej książki dla dzieci, jedna z pociech zapytała się mnie bardzo prosto i ciekawie: "A czy takie roboty trzeba też robić w nocy?" Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, ale teraz już wiem. Stworzenie takiego kolosa, to kawał dobrej, acz wyczerpującej roboty (psychicznie i fizycznie). Dostarcza niemałej satysfakcji i choć w naszym przypadku to jeszcze nie koniec, już teraz dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do rozwoju projektu NRG.
Zapraszamy na nasze strony internetowe, gdzie znajdziecie dokumentację i trójwymiarową wizualizację robota NRG-001 "Eihei".
P.S. Eihei -z jap. strażnik pałacowy.
Grzegorz "Greg K1ler" Musiał, pomysłodawca projektu
Źródło: http://www.nrgrobotics.gildia.pl
Zobacz też:
















